Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgrad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgrad. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 maja 2010

Odkurzacz pamięci

2 godziny 45 minut i 25 sekund. Trwa odliczanie. Niedługo będę wolna. Opuszczę rozżarzony przedział, w którym nie można swobodnie oddychać. Podmuch wiatru graniczy z cudem. Szpara w oknie też nie pomaga. Mściwe słońce usmaży wszystkich podróżnych. To kara za grzechy takie jak: zniszczone siedzenia, przyklejone gumy do żucia, śmieci wyrzucone przez okno czy zabawy z papierem toaletowym. Ale ja byłam grzeczna! Proszę słońce o wyrozumiałość. Upał doprowadza mnie do szału. Myślę tylko o powrocie do Belgradu. Minęło zaledwie kilka godzin od wyjazdu, a już chcę wracać do tego niesamowitego miasta, gdzie zewsząd dobiega dźwięk klaksonów, pędzą pomarańczowe trolejbusy, kawiarnie przepełnione są klientami w samo południe, a na moim blokowisku unosi się zapach pieczonego mięsa. Jak ja zniosę to rozstanie! Tydzień nie będę jadła pomidorów słodkich jak cukierki. Tutaj są takie soczyste i pozbawione szklarnianego posmaku. Trudno wyobrazić sobie moje codzienne menu bez tego czerwonego warzywa. Polski pomidor to serbski paradajz. Już sama nazwa przywołuje pozytywne skojarzenia. Paprika (papryka), paradajz (pomidor), patlidżan (bakłażan) to idealna kombinacja, której nie potrafię się oprzeć. Zawsze Bałkany będą dla mnie krainą litery P. Pikantne papryki kupione w Budapeszcie nie są tak smaczne jak te z ulubionego straganu przed blokiem. Może banalna, ale dla mnie istotna różnica. Kolejne zauważam tuż po przekroczeniu serbsko-węgierskiej granicy. Ten sam pociąg, ten sam upał, te same zepsute okno, a inni ludzie, inny krajobraz, inny język. U naszych bratanków jest czyściej i spokojniej. Szkoda tylko, że przypadkowi podróżni nie chcą ze mną rozmawiać. Moje wielkie gumowe ucho jest na urlopie. Nie rozumiem ani jednego słowa. Próba komunikacji w języku angielskim kończy się fiaskiem. Nie poznam historii płaczącej dziewczyny, która siedzi naprzeciwko, ani pana zasypiającego przy oknie. Dobrze, że konduktor jest w mundurku, inaczej nie wiedziałabym, kiedy sięgnąć po bilety do torebki. Mój dzisiejszy przystanek to Budapeszt, a jutro Polska. Zmęczona podróżą bez perspektyw na jakąkolwiek pogawędkę obserwuję otoczenie.
O nowy sąsiad. Szansa na rozmowę? Nic z tego. Jedynie rozbudza moje pragnienie, gdy sięga po lodowatą wodę. Kropelki spływają powoli po butelce. Zazdrosna i zła. Od piętnastu minut zasycha mi w gardle. Oszczędzam ostanie łyki wody mineralnej. Z przyjemnością wspominam chłodny dzień na Kopaoniku – to taki odpowiednik „naszego” Kasprowego. Z tą różnicą, że ma szerszy grzbiet i ponad 20 km tras narciarskich. Położony około 290 km od Belgradu, niedaleko Kosowa. Właśnie tam z koleżanką Kasią wybrałyśmy się na białe szaleństwo. Stolica serbskiego narciarstwa spokojnie czekała na przyjazd dwóch Polek spragnionych szusowania. Matka natura spisała się na medal. Powitała nas gruba pokrywa śnieżna, a w niej usłane pensjonaty i hotele. Mój portfel nie przewidywał jednak wydatku w stylu czterech gwiazdek. Brakowało też szyldów zapraszających do prywatnych kwater. Wywołało to nasze zdziwienie. Sezon w pełni, a nikt nie zabija się o klientów. Udało nam się wynająć jedynie pokój z małżeńskim łożem. Od momentu kiedy właściciel pensjonatu zobaczył moją „pandziochę” z podwieszanym na gumki zderzakiem, postanowił zostać naszym opiekunem. Informacje o atrakcjach regionu miałyśmy z pierwszej ręki. Zadbał o domowe wino, suchą kiełbasę oraz ser. Panowała swojska atmosfera. Goście szybko stawali się domownikami. To co różniło nas od reszty, to fakt, że bez partnerów przyjechałyśmy na wypoczynek …

I w tym miejscu urywam historię, ale tylko po to, by rozpocząć ją na nowo. Minął prawie rok i post „Djuskaj w rytmie ex-jugo” pokrył się dość grubą warstwą kurzu. Czas na wiosenne porządki. Ponadto obiecałam sobie, że odkurzę pamięć i nadrobię zaległości. Nie będzie to takie trudne, ponieważ połowa szafki zapchana jest karteczkami, notatkami, a do zdjęć powracam zbyt często. Nie ogarnęła mnie jugonostalgia, ale bałkanonostalgia, może belgradomelancholia czy belgradofilia. Byle na jug! A tu Warszawa, którą darzę uczuciem i zakochałam się w niej, ale od drugiego wejrzenia. Czy to miłość odwzajemniona? Przekonacie się sami, czytając bloga. Wyruszam na poszukiwania moich Bałkanów w Polsce. Opowieści z Południa podam z nadwiślańską zasmażką.
Dzisiaj słońce świeciło tak mocno, że przekonało mnie, aby w koszulce na krótki rękawek udać się na zakupy. Zamiast małego targu z belgradzkiego blokowiska, mam supermarket pod nosem. Gdzie te niezliczone piekarnie, kantory, stoiska z pirackimi płytami, panie oferujące domowe specjały oraz tradycyjne towary, pomarańczowe trolejbusy i słodkie pomidory? Zamieniły się w supermarket, mały warzywniak, stację benzynową, metro, galerię handlową, kilka kiosków i mnóstwo pobliskich sklepów monopolowych. Ale o miejsce parkingowe muszę walczyć nawet tutaj!

czwartek, 14 maja 2009

Zaślubiny z Unią Europejską





Ubiegła sobota w Belgradzie była niezwykle gorąca. I to nie tylko z powodu wysokiej temperatury. Od samego rana panny młode w sukniach ślubnych biegały w centrum miasta, a najpopularniejszy deptak Księcia Mihaila zmienił się w ulicę Europejską. Media relacjonowały „Wymarzony Ślub”, „Dni Europy”, a także wielką paradę na Placu Czerwonym w Moskwie, zorganizowaną z okazji 64. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem. Rozmawiano o tolerancji oraz wizerunku Serbii w świecie. Jak bumerang powracały pytania: Kiedy Serbia wejdzie do UE? Kiedy zostaną zniesione wizy? – Mamy nadzieję, że jak najszybciej – politycy powtarzali te słowa niczym mantrę. Niewątpliwe adrenalinę podnoszą mi opowieści znajomych o ich wizowych zmaganiach. Niepewność, oczekiwanie czy ślęczenie przed Ambasadą Ameryki, aby dostać pozwolenie na wyjazdy studenckie typu: work&travel, może doprowadzić do szału. Skupię się jednak na przyjemniejszych sprawach. Coraz bardziej i bardziej wchłaniam Belgrad. Fascynuje mnie jego dynamika, monumentalne budowle oraz opowieści mieszkańców. Uwielbiam kontrasty, a tu ich nie brakuje. Nic dziwnego, że tak odmienne wydarzenia odbywają się jednego dnia.



Na koszt miasta




Zaledwie dwa miesiące po tym, jak NATO rozpoczęło bombardowanie w Serbii, 20 par kolektywnie zawarło związek małżeński. W ten sposób młodzi przesłali wiadomość światu – miłość, przyjaźń i pokój. Obecnie „Wymarzony ślub” jest jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Nie tylko Serbowie mogą uczestniczyć w tej akcji, ale także pary z całego świata. W ciągu tych dziesięciu lat przyjeżdżali tutaj zakochani m.in. z Macedonii, Czarnogóry, Danii, Szwecji, Kanady, a nawet z Chin. Jest tak olbrzymie zainteresowanie, że Urząd Miasta (jeden z głównych organizatorów) musiał ograniczyć liczbę uczestników do 202 par. A jak wygląda proces kwalifikacji? Wystarczy odwiedzić internetową stronę miasta, gdzie zamieszczone są wszelkie informacje związane z formularzem zgłoszeniowym. Nie ma ograniczeń wiekowych. – Nigdy nie mieliśmy wystawnego ślubu, dlatego postanowiliśmy wysłać swoją kandydaturę – mówi panna młoda po czterdziestce. Co czeka wybranych szczęśliwców? Pary mają zapewniony nocleg w hotelu, bezpłatny ślub, profesjonalne sesje fotograficzne i masę innych atrakcji. Ceremonia odbywa się przed Urzędem Miasta. Mogą w niej uczestniczyć nie tylko goście, ale także przypadkowi przechodnie. Podczas uroczystości wypuczono gołębie. Zebrani byli świadkami koncertów, pokazów artystycznych i popisów cygańskiej orkiestry. Tłum podziwiał tańczące pary. Każda panna młoda chciała pokazać się z jak najlepszej strony. Tuż po ceremonii wszyscy udali się pod Dom Syndykatu na sesje zdjęciowe przy fontannie. Kiedy kobiety w sukniach ślubnych przebiegały przez jezdnię, policja panowała nad sytuacją. Trzeba było zająć jak najlepsze miejsce. Niedaleki kiermasz kwiatowy stanowił idealne tło. Po godzinie przemieściłam się kilka ulic dalej, gdzie zamiast białego dominował niebiesko-żółty kolor.

Z ziemi serbskiej do Polski






Ulica Europejska zapełniła się stoiskami różnych krajów członkowskich. Każdy otrzymywał komplet informacji o danym państwie. Ulotki, balony, proporczyki, breloczki wabiły spacerowiczów. Serbowie niczym pielgrzymi odwiedzali wszystkie stoiska. Mimo że ich reklamówki były przepełnione materiałami, nadal masowo brali następne. Ogarnął ich szał bezpłatnych gadżetów. Ulica zamieniała się w jedną wielką „wyprzedaż”. W połowie drogi mieściło się polskie stoisko. Krówki rozchodziły się w szybkim tempie. Nasze wiatraczki zwracały uwagę. Zrobiły furorę wśród najmłodszych. Do zainteresowanych należeli zarówno Ci, którzy za czasów byłej Jugosławii przyjeżdżali na wycieczki do naszego kraju, jak i młodzież. Większość odwiedzających stanowili tzw. "masowi zbieracze”. Nie tylko stoiska promujące dane kraje należały do głównych punktów programu, ale i te, gdzie młodzież mogła uzyskać informacje o najróżniejszych programach Unii Europejskiej typu: EVS czy Youth in Action. Targ Republiki zmienił się w wielkie boisko, gdzie rozegrano mecze siatkówki. Dodatkową atrakcją była możliwość przespacerowania się po masce samochodu, który stał się nietypowym przejściem dla pieszych. Wszystko w ramach projektu „Pieszo przez Belgrad” zainicjowanego przez serbskiego artystę Miće Stajčicia i Austriaka Filipa Batke. Wśród euroentuzjastów znaleźli się też eurosceptycy. Protest tej małej grupy jednak rozmył się w tłumie. Ich styl przypominał akcje „naszych moherów”. Atrakcje tego dnia i dziki tłum wyeksploatowały mnie zupełnie. Postanowiłam odpocząć w zaciszu Twierdzy Kalamegdańskiej. I tu totalne zaskoczenie. Moi zbieracze ulotek, których tak krytykowałam, siedzieli grzecznie z reklamówkami i studiowali materiały. Ucieszył mnie fakt, że zabrali mnóstwo ulotek. Jest szansa, że więcej zapamiętają .

wtorek, 17 marca 2009

Skandalowizja



Jejku! Uświadomiłam sobie, że minął ponad miesiąc mojego życia w Belgradzie. Nie ma znaczenia czy mieszkam w Warszawie, Krakowie, Brnie czy tutaj, ponieważ stale pojawia się ten sam problem – brak czasu. Codziennie nowymi sprawami zapełniam poszarpany notes. Mało pomocny jest zeszyt, w którym rozpisałam plan działania na kolejne miesiące. Ilość podpunktów i ważnych dat spędza mi sen z powiek. Jedynie poranny przegląd prasy przy mocnej kawie stawia mnie na nogi. Z nagłówków gazet nie schodzi temat Kosowa oraz piłki nożnej. Ostatnio także Eurowizja zdominowała tutejsze media. Program śniadaniowy karmił widzów Beoviziją (rozgrywka wyłaniająca serbskiego finalistę konkursu Evropesma). W miejskich trolejbusach dziewczęta podśpiewują ulubione melodie, które królują w dzwonkach telefonów komórkowych. Na przyjęciu zamykającym Festiwal Filmowy FEST też nie ominęła mnie rozmowa na ten temat. Poczułam się głupio, kiedy w towarzystwie dziennikarek okazałam brak zainteresowania wobec zbliżającego się wydarzenia. Wówczas nie znałam jeszcze żadnych utworów. Moja ignorancja wynika z faktu, że w Polsce nie przywiązujemy wielkiej wagi do Eurowizji. Tutaj jest inaczej. O finał walczą aktualne gwiazdy serbskiej popkultury. Mimo że w moim notesie zabrakło miejsca na to wydarzenie to Bezovizija dopadła mnie sama. I tak brak wieczornych planów spowodował, że postanowiłam skorzystać z zaproszenia znajomej z radia, która zaoferowała mi bezpłatny bilet. Tym sposobem znalazłam się na galowym koncercie w Centrum Sava. Plastikowa, kolorowa i świecąca scena zapowiadała show w stylu turbofolk - gatunek muzyczny zawierający motywy charakterystyczne dla melodii serbskiej, tureckiej, cygańskiej oraz greckiej. Tutejsza telewizja kablowa oferuje około siedmiu programów zdominowanych tym stylem. Warto wspomnieć, że turbofolk szczyt popularności osiągnął podczas wojny domowej na Bałkanach, kiedy Serbia i inne narody byłej Jugosławii zostały wyobcowane na arenie międzynarodowej. Stał się też narzędziem w rękach polityków do szerzenia propagandy. Teksty piosenek nafaszerowane były treściami nacjonalistycznymi. Jedną z najbardziej znanych wokalistek turbofolku jest Ceca, wdowa po zbrodniarzu i dowódcy paramilitarnego oddziału „Tygrysów” Željka Ražnatovicia, znanym jako „Arkan”. Piosenkarka ubiera się wyzywająco, balansuje na granicy kiczu oraz eksponuje swoje już nienaturalne atuty kobiecości. W związku z tym czekałam aż na scenie pojawią się śpiewające o miłości roznegliżowane wokalistki z dekoltami do pasa w skąpych ubrankach. Ku mojemu zdziwieniu takich przedstawicielek było mało. Większość wykonawców reprezentowała najróżniejsze style muzyczne takie jak: swing, pop, rock, turbofolk. Nie tylko wykonawcy byli zróżnicowani, ale i publiczność. Nie zabrakło dziewczynek przypominających wyglądem Paris Hilton oraz Courtney Love. Silną inspiracją dla zespołów młodzieżowych jest kultura Emo, a ich wokalistki przypominają Avril Lavigne. Starsi wyjadacze natomiast koncentrują się na elementach narodowych i Etno. Obowiązkowo też pojawili przesłodzeni mężczyźni niczym Enrique Iglesias. Każda piosenka miała odpowiednią aranżację i przypominała mały teatrzyk. Pozytywny uśmiech na mojej twarzy wywołały zespoły wykorzystujące w zabawny sposób elementy serbskiej kultury. Nie tylko fajnie zaśpiewali, ale i dobrze bawili się na scenie. Eliminacje trwały dwa dni. Pierwszego dnia wybrano 10 półfinalistów, którzy walczyli w niedzielę o pierwsze miejsce. Dodatkową atrakcją były występy tegorocznych reprezentantów z krajów byłej Jugosławii. Piosenkarkę z Czarnogóry wygwizdano, ponieważ śpiewała po angielsku i stwierdziła, że jest to język, w którym najlepiej się komunikuje z autorami utworu, gdyż są obcokrajowcami. Słoweńcy byli bardziej dyplomatyczni - Mamy nadzieję, że spodoba się Wam nasza piosenka, tak jak nam podoba się Wasz Belgrad - tymi słowami kupili publikę. Na scenie pojawił się także znany wszytskim - Żelijko Samardzić – Serb z Hercegowiny, który wywołał poruszenie podzielonej publiki. Wszystko zapowiadało się pięknie, aż do kulminacyjnej rozgrywki. Niedzielna powitała widzów informacją o pomyłce w podliczaniu głosów. Do finału powinny dołączyć jeszcze dwie osoby: Ivana Selakov i Ana Nikolić. Ostatnia jednak odmówiła udziału. Zwyciężył Marko Kon i Milan Nikoli z utworem i wyglądem nie Eurowizyjnym. Werdykt wzbudził wielkie oburzenie. Liczna grupa fanów grupy rockowej OT Bend wygwizdała laureatów. Zespół Regina z Bośni i Hercegowiny posądzono o plagiat. Od poniedziałku w gazetach pojawiły się nagłówki typu: Skandalowizja, Wielkie oburzenie na finałowej gali, Faworyci publiczności na drugim miejscu, Regina skopiowała piosenkę. Warto wspomnieć, że Serbowie śledzą wyniki w innych krajach. Z tutejszych gazet dowiedziałam się, że Ukrainka będzie reprezentować Rosję. Ponadto Belgrad odwiedziła fińska grupa, która wygrała kilka lat temu Eurowizję. Temat nadal króluje na pierwszych stronach gazet. Szał będzie trwał pewnie do maja czyli do finału w Moskwie. Może nawet dłużej. Wyniki też trzeba będzie skomentować.



Ci jadą do Moskwy


Faworyci publiczności




Pani w stylu turbo




Specjalni goście z Izraela i Armenii z Jeleną



Pozytywni i zabawni - tak jak śpiewają, że nie jest im potrzebny Hollywood, ani Ameryka, wystarczy Eurowizja ;-)






Ps. W Belgradzie też zrobiło się troszkę zielono z powodu Patryka

wtorek, 3 marca 2009

Kuszenie



Na fotce: Szczęśliwe bohaterki kuszenia już w "ziemi obiecanej" z pozszywaną Pandziochą i pieskiem, który się na nas wypiął ;-)


Kuszenie

- Nie posiadamy żadnej gotówki. Mamy za to bigos! – podkreślam zachęcająco, traktując potrawę przygotowaną przez mamę jako kartę przetargową.
- Nie trzeba. Jeśli dzisiaj nie naprawią waszego auta, to przenocujecie u mnie – odpowiada tłumaczka, a dokładnie Polka, która wyszła za mąż za Węgra. Szczęście w nieszczęściu, że niefortunna kraksa wydarzyła się na tym odludziu, gdzie ona niedaleko pracuje.
- Problem polega jednak na tym, że policjanci nie mogą znaleźć mechanika. Jeden nie odbiera komórki, inny nie ma odpowiednich części, a trzeci złamał rękę – dodaje
- Super... Tego tylko brakowało – cicho szepczę do Izy, ale z chęcią tupałabym nóżkami o podłogę. Jest 01.02.2009 r. godz. 16.20, niedziela. Węgierska wieś. A „Pandziocha”, którą miałam przemierzać Bałkany stoi niczym rozwalony kapeć na zakręcie z wywaloną chłodnicą i czeka na szewca, aby załatał dziurę. Mam ochotę pogryźć kanapę ze złości. Wiem, wiem, puknij się dziewczyno w głowę! Powinnam się cieszyć się, że nie trafiłam w betonowy słup. Zła jestem jedynie na siebie, ponieważ naraziłam moją koleżankę na niebezpieczeństwo. Zmartwiłam tez rodziców i nie dojadę na czas do Belgradu. Dodatkowo, na posterunku policji odgrywa się istny czeski film na węgierskiej wsi! Od kilku godzin podpisuję jakieś papiery i powtarzam po raz kolejny te same zeznania. Misiowaty policjant siedzi z błogim uśmiechem, obok niego poważna, ale miła pani porucznik oraz nieprzyjemny komisarz z dziwaczną grzywką i fryzurą na gitarę. Wszyscy debatują, a my jak głupawe blondynki z kawałów, nie wiemy co dalej.
- Dzisiaj nie ruszycie. Nie ma mechanika. Auto trzeba holować, a to sporo kosztuje. Ja nie mogę was jednak przenocować, ale w okolicy jest tylko jeden hotel. Uhm noc kosztuje 50 euro od osoby – wyjaśnia tłumaczka
- Co?????????? – zdziwiona, przygnębiona, zdesperowana nie mogę uwierzyć w jej słowa. Wczoraj pokonałyśmy śnieżycę w górach jadąc 30 km/h, a dzisiaj jeden zakręt, śliska nawierzchnia, kamienie i … jesteśmy uziemione.
- Ile wszystko będzie kosztować? – pytam z przerażeniem
- Naprawa jakieś 150 euro, plus nocleg, może jeszcze jakieś opłaty na policji – spokojnie podlicza.
Nerwy puszczają i zaczynam ryczeć. Czuję się jak bezradne dziecko, kiedy zgubi mamę na targu. Iza zaczęła mnie uspokajać. Do diabła z tłumaczeniem! Lepiej było, kiedy ich nie rozumiałam, i przyswajałam dźwięki w stylu egeszszemgeszburaki. Kontakt podtrzymywałam niemieckim „keine problem” oraz madziarskim „kesenem’(dziękuję). Teraz słyszę odpowiedzi, których wcale nie chciałabym rozumieć.
Nie przekupiłam nikogo bigosem, ale moja histeryczna reakcja chyba zmiękczyła ich serca. Drażniący policjant okazuje się wybawcą i mechanikiem w jednym wydaniu. Znajduje kwaterę, zawozi nas na miejsce i nie liczy za holowanie. Mówi, że naprawi auto i dostarczy go rano. Bosko. Niczym grzeczne dziecko mogę iść spać. I nigdy więcej już węgierskich wiosek i pobocznych dróżek. Mimo że kraj płaski, ktoś musiał stawiać drogi „po pijaku”. Zakręty, zawijasy, zakręciki, ale gdzieś tam czeka ukochana Serbia.


Nie lubię poniedziałków

Otwieram oczy i podbiegam z nadzieją do okna. Nie ma Pandziochy! Słyszymy na dole jakieś odgłosy. Śniadanie gotowe czeka na stole. I kartka. – Auto jest u policjanta. Nadal w naprawie – słowa napisane w języku angielskim działają jak wyrok. Jakby tego było mało właściciel mówi jedynie po węgiersku. Moim łamanym niemieckim proszę o wykonanie telefonu na numer wskazany na kartce. Iza stara się wyśledzić jak najwięcej szczegółów. Jedno jest pewne. Nie ma wszystkich części. Musimy czekać. Nikt nie wie ile.
Słoneczne południe to dobry znak, ale martwię się czy wyjedziemy przed zmrokiem. Mijają godziny.
- Auto, kindergarden - mówi właściciel. Wsiadam z nim do samochodu, a Iza zostaje w domu. I rzeczywiście pojechaliśmy do przedszkola po nauczycielkę, kolejną tłumaczkę, tym razem ze znajomością angielskiego.

13.15. Podjeżdżam już żółtą Pandziochą pod kwaterę, gdzie widzę wyczekującą na podwórku Izę. Na naszych twarzach, niczym wielki banan, pojawia się uśmiech. Moja Pandziocha! Zaczynamy układać w niej rzeczy, wśród których nie zabrakło reklamówki ze słoikiem bigosu. Jeszcze tylko szybkie mycie samochodu. Należy mu się taka nagroda. Wyruszamy dokładnie 24h po całym zdarzeniu, czyli około 13.43. Po kilku godzinach docieramy do Serbii - naszej ziemi obiecanej.


- O żesz!!!!Ufffffuuuuuffffff. Tylko spokój może Cię uratować!!!! – mówię głośno jadąc autostradą, która przecina Belgrad. Dwa auta wyprzedzają się na jednym pasie, trolejbus jedzie co najmniej 100 km/h i to ciągłe trąbienie. Czuję się, jak bym trafiła w środek komunikacyjnego piekła.
- Zmieniaj pas! Szybko!– krzyczy Iza, mój prywatny GPS
- Cholera nie zdążyłam – wypowiadam głośno to, co obie zdążyłyśmy już zauważyć. Kolejny zjazd niedługo.
- Jeśli tylko uda nam się wydostać z autostrady, będzie lepiej – pociesza koleżanka.
- Zawróć i zatrzymamy się przy stadionie – sugeruje Iza.
Byłoby to możliwe, gdybym nie wjechała w jednokierunkową ulicę, na której jak na złość nie ma nigdzie miejsca.
- Mam już dość! Zatrzymuję się tutaj i dalej nie jadę. Dzwonimy do Tomy, niech przyjedzie i nam pomoże – prawie krzyczę. W dwa dni przejechałam 1500 km, przeżyłam akcje na Węgrzech, a teraz to. - Koniec, nie ruszam się stąd – wypowiadając te słowa zapalam nerwowo papierosa. Iza udaje się po pomoc na pobliską stację benzynową. Przypominam sobie jak Ana z Belgradu ostrzegała mnie. Musisz jeździć ostro, trąbić, nie zbliżaj się za blisko do aut, a zasady prawa jazdy schowaj do kieszeni.
Trudno wdrożyć tę radę już na samym początku.
- Anka, Anka podjedź pod stację. Znalazłam Serba, który zawiezie nas na miejsce – wykrzykując biegnie w moją stronę Iza.
W Polsce pewnie nie odważyłabym się dać nieznajomemu kulczyki od samochodu. Tutaj się nie boję.
- Mam prawo jazdy. Nawet na Tiry – pokazuje Emir, nasz wybawca
Nikomu nie pozwalam palić w aucie, ale on jest wyjątkiem. Ze stoickim spokojem obserwowałam z jaką precyzją prowadził. Jednocześnie rozmawiał przez komórkę, palił papierosa, a drugą ręką kontrolował kierownicę i sytuację na drodze. Nie dziwiło mnie i to, że ktoś zawracał na rondzie lub niespodziewanie na środku skrzyżowania zmienił kierunek jazdy.
Emir tak precyzyjnie zaparkował pod blokiem, aż nie mogłam uwierzyć. Mam nadzieję, że kiedyś osiągnę taką wprawę.
- Jak możemy się odwdzięczyć za pomoc? – pytam
- Drobiazg. Umówimy się na kawę – uśmiecha się
- Chciałybyśmy jednak coś Ci dać - podkreślam – Słyszałeś kiedyś o bigosie?

środa, 18 lutego 2009

Bezproblemowe skarpetki

Miało być zupełnie o czymś innym, ale paradoksy upływającego dnia, przekonały mnie, że do przeszłości powrócę przy innej okazji, a teraz będę szlifować teraźniejszość.
Jest godzina 15.07 i czekam od dwudziestu minut na tramwaj nr 9, który zwykle pojawia się co chwilę. To już drugi raz w przeciągu trzech dni, jak mój ulubiony środek komunikacji miejskiej bawi się ze mną w ciuciubabkę. I zawsze wtedy, kiedy się spieszę. Najpóźniej o 16. powinnam odebrać akredytację dziennikarską na FEST. Jutro rozpocznę dialog z X muzą i zamknę się w sali kinowej na prawie dwa tygodnie. Na śniadanie zaserwują mi Readera, a przystawką będą bracia Coenowie. Ślinka cieknie na samą myśl o kolejnych pozycjach menu. Dlatego coraz bardziej denerwuję się spoglądając na zegarek. Inni „oczekiwacze” totalnie wyluzowani. Czyżby mieli przede mną tajemnice? Polako (powoli) lifestyle towarzyszy mi na każdym kroku. Na uczelni nie powinnam się spieszyć, w banku tym bardziej, na poczcie pan z papierosem w ustach spokojnie informuje, że dzisiaj już nie załatwię swojej sprawy, ponieważ nie ma naczelniczki. Deja vu. Znam te sytuacje już z Macedonii, Bośni, Chorwacji, nie wspominając o Czarnogórze. Tam polako jest do potęgi nieskończonej. Znam panujące tu reguły, ale trudno się do nich przyzwyczaić. Wszystko przez moją kochaną Warszawę. Jeszcze kilka tygodni temu byłam pędzącą mróweczką w tłumie zalewającego podziemia prowadzącego do Metra Centrum. 15.21 to moment wywieszenia białej flagi. Poddaję się i biegnę na przystanek autobusowy. Ku mojemu zdziwieniu tu jest podobnie. Pociesza mnie jedynie fakt, że autobusy przyjeżdżają. Ale nie mój na Nowy Belgrad. Wybieram opcję przesiadkową. Byle do ulicy Księcia Milosza. Stamtąd będzie łatwiej. Niewiarygodne. W ciągu kilkunastu minut osiągnęłam cel. Wychodzę z trolejbusu i wpadam po kolana w śnieżną chlapę. Czy wspomniałam, że tygodnia pada śnieg? Początkowo biała pokrywa sprawiała mi przyjemność. Zachłysnęłam się jednak już widokiem mojego szaro-czerwonego socrealistycznego blokowiska w tej wersji. Preferuję bez przybrania i z promieniami słonecznymi. W mokrych kozakach doczłapałam do skrzyżowania. Stoi tramwaj, policjant kieruje ruchem to dobre znaki. Szczęśliwa wbiegam do zielonego pojazdu nr 9. Niezbyt dużo ludzi, są wolne miejsca. Ogrzeję się trochę. Chwilę później zauważam kobietę suszącą skarpetki. Kozaki niczym na urlopie czekają na właścicielkę. Pewnie jeździ do końca, tak jak ja. Teraz jedynie kilka przystanków i Centrum Sawa, a tam bilet na jutrzejszą ucztę kinomana.
Po kilkunastu minutach zaczęłam wątpić w świętowanie. Policjant kieruje ruchem. Samochody skręcają w lewo i prawo, ale nikt nie jedzie prosto. Jedynie autobus stoi w przeciwnym kierunku. Nic mnie nie zdziwi. Widziałam dwa auta przy sobie wymijające się na jednym pasie, jazdę pod prąd na rondzie, a także różne warianty zawracania w miejscach nieoczekiwanych. W uszach nieustanne trąbienie, które nawet teraz przebija się w domowych pieleszach. Oj niedobrze. Spoglądam w okno. Widzę grupę ludzi przed budynkiem władzy. Tego mi brakowało! Zablokowali tory tramwajowe. Już teraz wiem, czemu na moją pętlę nie dotarła żadna 9. Jak zatem znalazła się ta, w której siedzę? Postanowiłam zapytać panią od skarpetek i jej koleżankę.
- Przepraszam. Czy wiedzą Panie co się dzieje i jak długo jeszcze to będzie trwało? – pytam
- W czym problem? … Tak powiedział do mnie policjant, kiedy pytałam go kilka godzin temu – odpowiada Pani Skarpetkowa.
- Że co???? – dębieję
- Nie, no nie, w ogóle nie ma problemu. W tramwaju są dzieci, starsi, obywatele z różnych klas społecznych. Czekamy sobie już dwie godziny, i nie ma problemu… No bo jak inaczej mamy dotrzeć na Nowy Belgrad. Musimy tylko poczekać. Tak mu tłumaczyłam – dodaje Skarpetkowa
- Jesteśmy tu od około godziny 11. Strajkują z domu tekstylnego „Robna Kuća” Belgrad. Stracili pracę, nie dali im wypłat, więc blokują ruch w centrum miasta – dodaje Ivana, koleżanka Skarpetkowej.
W tym momencie wychodzi kierowca i siada koło nas.
- Czy to długo jeszcze potrwa? – pyta Iwana
- Nie wiem, nie dostałem takiej informacji – podkreśla. -Ale jest specjalna linia L, która jeździ na około, przez inne osiedla. Trzeba ją tylko złapać – zauważa
- Dobrze, że nam Pan mówi – mówi Ivana. – Szkoda, że po pięciu godzinach – dodaje uśmiechając się do mnie.
Wybucham śmiechem. Ale jazda!
- Tak samą fazę głupawki miałam około 13 – komentuje Skarpetkowa
Niewiarygodne, ja jestem zła po ponad 15 minutach oczekiwania. A te kobiety są tu od pięciu godzin. I co? Jedna suszy skarpetki rozmawiając z Ivaną, chłopak obok przysypia, starszy pan czyta gazetę, a młoda dziewczyna namiętnie pisze SMS-y. Ile każdy z nich czeka, nie mam pojęcia. Mimo, że rozmawiają , narzekają , żadne z nich nie przeszło granicy, którą ja zaraz osiągnę.
- To jest dobra historia – powtarza Skarpetkowa. - W czym problem? Sve je uredu (wszystko porządku) – dodaje. - Poczułam się jak co najmniej kilkanaście lat temu. Nikt nic nie wie, nie chce być odpowiedzialny, a najlepiej jest mówić, że wszystko w porządku – kończy
Ta wypowiedź jest kwintesencją pozornie zamkniętej już karty historii dla Serbii, ale jak widać jeszcze otwartej. Socjalizm jest nadal obecny, nie tylko poprzez jugonostalgię.
Około 16.20 rozgromiono tłum. Chaos komunikacyjny się skończył i wszystko wróciło do normy. Pani Skarpetkowa nałożyła kozaki i czekała na swój cel. Trzy przystanki dalej wysiadła, tuż za mostem. – Miłej pracy Panie kierowco – wypowiadając te słowa uśmiechnęła się do nas. Jej twarz promieniała, a czerwono-krwiste usta obrysowane grubo kredką nie trąciły nawet kiczem.
Przeżyłam kolejny szok. Czekać 5 godzin, żeby przejechać taki krótki dystans?! Wystarczyło przejść kilkaset metrów i przesiąść się w inny transport, a potem mały spacer. Kobieta nie była ani stara, ani schorowana, a wręcz przeciwnie kipiała życiem. Jak najłatwiej to wyjaśnić? Po prostu. Polako  Zapewne też dzięki temu polako dostałam akredytację, mimo mojego 50-minutowego spóźnienia.


Bilans dnia

Minusy

- dwie godziny stracone w miejskim transporcie
- mokre buty i skarpetki
- spóźnienie 50-minutowe
- oznaki przeziębienia
- odwołane wyjście na koncert jazzowy

Plusy

- uśmiech Pani Skarpetkowej
- radość z bycia „polako”
- szybszy powrót do domu

I tak jestem na plusie!!!

Trochę wspomnień wywołała dzisiejsza podróż środkami komunikacji, dlatego też w stylu polako polecam chorwacką piosenkę tramwajową i legendarnego przedstawiciela undergroundu - Mance. Piosenka pt. Dva umilała nam lektorat języka chorwackiego.
Bardzo łatwe słowa - nie tylko zrozumiałe dla kroatystów



Ps. Jeszcze poznam serbski utwór tramwajowy!
 
website-hit-counters.com
Hit counter provided by website-hit-counters.com website.