Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jugonostalgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jugonostalgia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 maja 2010

Odkurzacz pamięci

2 godziny 45 minut i 25 sekund. Trwa odliczanie. Niedługo będę wolna. Opuszczę rozżarzony przedział, w którym nie można swobodnie oddychać. Podmuch wiatru graniczy z cudem. Szpara w oknie też nie pomaga. Mściwe słońce usmaży wszystkich podróżnych. To kara za grzechy takie jak: zniszczone siedzenia, przyklejone gumy do żucia, śmieci wyrzucone przez okno czy zabawy z papierem toaletowym. Ale ja byłam grzeczna! Proszę słońce o wyrozumiałość. Upał doprowadza mnie do szału. Myślę tylko o powrocie do Belgradu. Minęło zaledwie kilka godzin od wyjazdu, a już chcę wracać do tego niesamowitego miasta, gdzie zewsząd dobiega dźwięk klaksonów, pędzą pomarańczowe trolejbusy, kawiarnie przepełnione są klientami w samo południe, a na moim blokowisku unosi się zapach pieczonego mięsa. Jak ja zniosę to rozstanie! Tydzień nie będę jadła pomidorów słodkich jak cukierki. Tutaj są takie soczyste i pozbawione szklarnianego posmaku. Trudno wyobrazić sobie moje codzienne menu bez tego czerwonego warzywa. Polski pomidor to serbski paradajz. Już sama nazwa przywołuje pozytywne skojarzenia. Paprika (papryka), paradajz (pomidor), patlidżan (bakłażan) to idealna kombinacja, której nie potrafię się oprzeć. Zawsze Bałkany będą dla mnie krainą litery P. Pikantne papryki kupione w Budapeszcie nie są tak smaczne jak te z ulubionego straganu przed blokiem. Może banalna, ale dla mnie istotna różnica. Kolejne zauważam tuż po przekroczeniu serbsko-węgierskiej granicy. Ten sam pociąg, ten sam upał, te same zepsute okno, a inni ludzie, inny krajobraz, inny język. U naszych bratanków jest czyściej i spokojniej. Szkoda tylko, że przypadkowi podróżni nie chcą ze mną rozmawiać. Moje wielkie gumowe ucho jest na urlopie. Nie rozumiem ani jednego słowa. Próba komunikacji w języku angielskim kończy się fiaskiem. Nie poznam historii płaczącej dziewczyny, która siedzi naprzeciwko, ani pana zasypiającego przy oknie. Dobrze, że konduktor jest w mundurku, inaczej nie wiedziałabym, kiedy sięgnąć po bilety do torebki. Mój dzisiejszy przystanek to Budapeszt, a jutro Polska. Zmęczona podróżą bez perspektyw na jakąkolwiek pogawędkę obserwuję otoczenie.
O nowy sąsiad. Szansa na rozmowę? Nic z tego. Jedynie rozbudza moje pragnienie, gdy sięga po lodowatą wodę. Kropelki spływają powoli po butelce. Zazdrosna i zła. Od piętnastu minut zasycha mi w gardle. Oszczędzam ostanie łyki wody mineralnej. Z przyjemnością wspominam chłodny dzień na Kopaoniku – to taki odpowiednik „naszego” Kasprowego. Z tą różnicą, że ma szerszy grzbiet i ponad 20 km tras narciarskich. Położony około 290 km od Belgradu, niedaleko Kosowa. Właśnie tam z koleżanką Kasią wybrałyśmy się na białe szaleństwo. Stolica serbskiego narciarstwa spokojnie czekała na przyjazd dwóch Polek spragnionych szusowania. Matka natura spisała się na medal. Powitała nas gruba pokrywa śnieżna, a w niej usłane pensjonaty i hotele. Mój portfel nie przewidywał jednak wydatku w stylu czterech gwiazdek. Brakowało też szyldów zapraszających do prywatnych kwater. Wywołało to nasze zdziwienie. Sezon w pełni, a nikt nie zabija się o klientów. Udało nam się wynająć jedynie pokój z małżeńskim łożem. Od momentu kiedy właściciel pensjonatu zobaczył moją „pandziochę” z podwieszanym na gumki zderzakiem, postanowił zostać naszym opiekunem. Informacje o atrakcjach regionu miałyśmy z pierwszej ręki. Zadbał o domowe wino, suchą kiełbasę oraz ser. Panowała swojska atmosfera. Goście szybko stawali się domownikami. To co różniło nas od reszty, to fakt, że bez partnerów przyjechałyśmy na wypoczynek …

I w tym miejscu urywam historię, ale tylko po to, by rozpocząć ją na nowo. Minął prawie rok i post „Djuskaj w rytmie ex-jugo” pokrył się dość grubą warstwą kurzu. Czas na wiosenne porządki. Ponadto obiecałam sobie, że odkurzę pamięć i nadrobię zaległości. Nie będzie to takie trudne, ponieważ połowa szafki zapchana jest karteczkami, notatkami, a do zdjęć powracam zbyt często. Nie ogarnęła mnie jugonostalgia, ale bałkanonostalgia, może belgradomelancholia czy belgradofilia. Byle na jug! A tu Warszawa, którą darzę uczuciem i zakochałam się w niej, ale od drugiego wejrzenia. Czy to miłość odwzajemniona? Przekonacie się sami, czytając bloga. Wyruszam na poszukiwania moich Bałkanów w Polsce. Opowieści z Południa podam z nadwiślańską zasmażką.
Dzisiaj słońce świeciło tak mocno, że przekonało mnie, aby w koszulce na krótki rękawek udać się na zakupy. Zamiast małego targu z belgradzkiego blokowiska, mam supermarket pod nosem. Gdzie te niezliczone piekarnie, kantory, stoiska z pirackimi płytami, panie oferujące domowe specjały oraz tradycyjne towary, pomarańczowe trolejbusy i słodkie pomidory? Zamieniły się w supermarket, mały warzywniak, stację benzynową, metro, galerię handlową, kilka kiosków i mnóstwo pobliskich sklepów monopolowych. Ale o miejsce parkingowe muszę walczyć nawet tutaj!

piątek, 15 maja 2009

Djuskaj w rytmie ex-jugo!

Dzisiaj bardziej lajtowo!!!


- Ana, djuskamo u Energiji – takiego SMS-a dostaje dosyć często. Jest to oczywiście zaproszenie na wielką potańcówkę, boogie night czy szał dzikich ciał * niepotrzebne skreślić. Szkoda tylko, że takie wiadomości otrzymuję tuż przed snem. W Belgradzie przesunięte są ramy czasowe życia nocnego. Clubbing rozpoczyna się przeważnie po północy, a kończy o piątej nad ranem. Dla wytrwałych pozostaje after party, który zwykle trwa od 6 rano do 10-ej. Później można iść jeszcze na pierwszą kawę ze znajomymi, a dopiero po niej grzecznie spać do łóżeczka. Najlepsze imprezy są oczywiście w środku tygodnia. „Djuskaj” odpowiada mi, a w szczególności w towarzystwie Mimi i jej rozrywkowej ekipy. Jest jedno małe ale… oni nie muszą rano wstać, ponieważ nie mają obowiązków. Większość z moich znajomych nie pracuje, a studenci po prostu bawią się. Sam clubbing bywa męczący ze względu na godzinę rozpoczęcia. Przywykłam do tego, że z moją szaloną ekipą z Wawy spotykamy się o 22-ej i ruszamy na podbój miasta. Tutaj o tej godzinie, mało kto wie, czy wyjdzie dzisiaj z domu. Kolejna sprawa to fakt niedorzecznego zmieniania klubów. Mimo, że w klubie A jest świetna muzyka i wszyscy dobrze bawią się, to wypada po dwóch godzinach zmienić miejsce na klub B. Jeśli w klubie B jest nudno, wypijamy jedno standardowe piwo i udajemy się do klubu C. Należy pamiętać, że nie wracamy do klubu A. Ciężkie jest życie Polki, która ma ochotę na zabawę, a musi rano wstać ;-). Dodatkowo moja fascynacja jugonostalgią i poznawanie fenomenu Jugosławii nadal trwa. Kilka razy w tygodniu odbywają się też imprezy w rytmie muzyki ex-jugo. W związku z tym postanowiłam zabawić się w didżejkę. Tym wpisem otwieram muzyczne spotkania z abeceda balkANA. A może macie jakiś inny pomysł na mój nickname?

Złota Jedenastka ( dziesiątka jest już oklepana ;-) )

1.Oliver Mandić „ Moja draga voli Kurosavu”

Styczeń 1981 rok. W telewizyjnym show „Beograd noću” pojawia się mężczyzna w rajstopach, na 20-centymetrowych szplikach z makijażem. Wyraża czysty art. Reakcje są katastrofalne. Trudno było zaakceptować taki wizerunek w TV. Oliver Mandić niczym David Bowie i Boy George podbił publiczność. Jego soulowo-funky’owy album „Probaj me” zrewolucjonizował tamtejszą scenę popową.




2. Hladna braća „Ljubi me na Ibici”

Mieszanka italo-disco z ex-jugo popem. Członkowie grupy krytykowali system polityczny w zabawny sposób. Już sama nazwa wiele wyjaśnia - „Zimni bracia” – oczywiście aluzja do towarzyszy z Rosji ;-) Chłopcy z teledysku – boscy !!!!!!!




3. ZZ Up - "K'o nekad u osam"

W latach osiemdziesiątych popularny był program „Hit miesiąca”, gdzie królowała właśnie grupa ZZ Up z Zagrzebia – przedstawiciele stylu elektro.




4. Master Scratch Band - Computer Break

To moje ostatnie odkrycie. Info o zespole jeszcze poszukiwane. Panie z teledysku - odlotowe.




5. Borghesia – On

Słowenia to nie tylko LAIBACH, ale i BORGHESIA, która na przełomie lat 80/90 była popularna w całej Europie. W Polsce też mogliśmy dostać płyty tego zespołu. Ci co lubią industrial, electronic body music będą zadowoleni. Lekko perwersyjny teledysk też warty zobaczenia.



6. Bebi Dol- Mustafa

Tej Pani chyba nie muszę przedstawiać. Wystarczają hasła typu: performance, Eurowizja, pop, rock, comeback …




7. Denis & Denis - Program tvog kompjutera

W 1982 r. Marina Perazić i Davor Tolla założyli grupę Denis & Denis. Pierwszy album „Čuvaj se!" (1984) wydany w Rijece podbił listy przebojów, a utwór Program tvog komputera stał się od razu hitem.




8. Alexandra Sladjana Milosevic - Miki Miki

Tego teledysku w siłowni niektórzy współcześni wykonawcy pozazdrościliby ;-)




9. Du Du Ah Babylon

A teraz historia Belgradu – Babilonu w wersji reggae




10. Srdjan Jul – Koketa

Z dedykacją dla wszystkich zwariowanych kobiet!




11. Boban Petrovic – Djuskaj

I na koniec podjuskamy!




I co Wam się najlepiej podoba? Może zaczniemy głosowanie? Djuskajcie w weekend, a ja mykam w góry!

środa, 6 maja 2009

Cockta czy Polo-cockta


Ja z Adą i nasz efekt Tito



Powiedział Stalinowi „nie” oraz pił whisky z Churchillem. Uwielbiał polowania i grał na fortepianie. Podróżował niebieskim pociągiem i ubierał się na biało. Kochał swoich pionierów. Tyran, wybawca, towarzysz, a nawet Bóg. Człowiek legenda czyli prezydent Socjalistycznej Federalnej Republiki Jugosławii (SFRJ). Mimo że od śmierci Josipa Broza Tito minęło ponad ćwierć wieku, nadal odczuwam jego oddech na moich plecach. Obecny jest na poczcie, kiedy pan z kolejki opowiada mi o tym, jak za tamtych czasów mógł podróżować po świecie, a teraz boryka się z problemem wizowym. – Z towarzyszami byłem w Krakowie. Piękne miasto. Ciekawe, jak teraz wygląda? – pyta mężczyzna. Starsza babcia w parku wspomina pochody i olimpiady. Mama mojej koleżanki pokazuje mi starą płytę Bebi Dol, która reprezentowała Jugosławię na Eurowizji. Przedmiotem dość ostrej wymiany zdań dwóch starszych panów w pomarańczowym trolejbusie jest także Tito. W większości mieszkań, które odwiedzam natykam się na masę przedmiotów „Made in Yugoslavia”. Przed snem przykrywam się kocem z Vukovaru, nad łóżkiem wisi kalendarz ze starym składem Crvenej Zvezdy, a podczas porannej toalety wita mnie jugoplastika Split. W klubach bawię się nie tylko przy Indie rock, ale przy setach współczesnej muzyki z hitami Jugo, które zapodają didżeje z Funkyshljiva. 20-latkowie na parkiecie znają piosenki pokolenia własnych rodziców. W niektórych pubach przeżywa się podróż w czasie. Turysta bez trudu zaopatrzy się w souvenir typu: brelok z towarzyszem. Nic dziwnego, że wystawa Efekt Tito – Charyzma jako polityczna legitymacja w Muzeum Historii Jugosławii cieszyła się ogromną popularnością. To zbiór najróżniejszych prezentów, które były wręczane wodzowi co roku na urodziny. Od poduszki z wizerunkiem towarzysza po metalowy meczet, pałeczkę–śrubokręt zakończoną czerwoną gwiazdą, lampkę z podobizną polityka, makiety statków czy specjalny zestaw bandaży od pielęgniarek. Idea sztafety stanowi metaforę Jugoslawizmu, z którą wiąże się entuzjazm, duma, a na końcu wstyd i demonizacja. Po muzeum krążyli nie tylko obcokrajowcy, ale także tubylcy w najróżniejszym wieku. Każdy przeżył swój efekt Tito, a odwiedzający wystawę mogli poczuć się jak jedna wielka wspólnota, ponieważ zamiast biletów na wejściu dostawali czerwone znaczki, które niczym serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przyklejali na swoje kurtki. Nie tylko w Belgradzie, ale na terenie całej byłej Jugosławii odczuwa się jugonostalgię. Mój efekt Tito nadal trwa. Ostatnio kupiłam Leksykon Yu Mitologii. Następnie zabawny przewodnik po SFRJ. W sklepach można zaopatrzyć się w Cocktę (odpowiednik Coca-Coli) czy Eurocrem (odpowiednik Nutelli). W korkach nie można nie zauważyć Zastavy czy Yugo. Nasz polski fiat 126 p też ma swoje miejsce. To skłania mnie do najróżniejszych przemyśleń i porównań z polską rzeczywistością. Nowa Huta niczym miniaturka Nowego Belgradu. Pub „Proletariat” w Poznaniu przypomina socjalistyczną kawiarnię niedaleko pomnika Vuka. Brakuje jedynie barów mlecznych.


A jak jest z waszą pamięcią? Towarzysza Gierka znam jedynie z opowieści babci. Moje kadry z PRL-u to kolejka po parówki, woda sodowa na Kościuszki we Włocławku, guma arabska oraz niezaspokojone pragnienie czekolady.
Wybiła godzina 17 czyli czas na podwieczorek. Nic innego nie pozostaje mi, jak tylko posmarować chlebuś Eurocremem.

A teraz smaczki ;-)




Koreańskie dzieci też kochają Josipa




Genialna reklama
 
website-hit-counters.com
Hit counter provided by website-hit-counters.com website.